Hej Kochani :* Jak pewnie zdążyliście już zauważyć - brak tu póki co nowych rozdziałów. Obawiam się, że taki przestój może jeszcze potrwać. Nie wiem dokładnie ile, ale na pewno długo. Myślę, że jestem Wam winna kilku słów wyjaśnienia. Po pierwsze - mam teraz mega dużo rzeczy na głowie. Egzaminy, egzamin do bierzmowania, debata do Sejmu. Po drugie - za oknami wiosna, więc ciężko pisać coś o zimie ;) Po trzecie - chyba się wypaliłam pisarsko :( Nie czuję bluesa. Ostatnio rozdział pisałam przez ok. 5 h z przerwami, czyli dosyć długo. Myślę, że na kontynuację opowiadania jak najbardziej możecie liczyć.
Tak by the way, jeśli są jeszcze jacyś nieujawnieni czytelnicy to byłoby to na pewno budujące, jeśli wiedziałabym, że czytacie moją twórczość. Nie traktujcie tego jako szantaż! ;) Po prostu fajnie byłoby wiedzieć dla kogo się pisze. Tyle ode mnie. Raczej tu wrócę :)
Pozdrawiam Was i ściskam mocno
Przy okazji życząc Wam wesołych Świąt!
sobota, 12 kwietnia 2014
piątek, 28 marca 2014
Rozdział 12.
Poranek
Baśki nie należał do tych szczególnie przyjemnych. Obudzona budzikiem któregoś
ze skoczków za ścianą zmuszona była wstać już o 5 rano. Początkowo nie mogła
sobie przypomnieć gdzie się znajduje i co właściwie wydarzyło się poprzedniego
dnia. Kiedy jednak zdołała sobie uświadomić zajścia z wczoraj zrobiło jej się
trochę głupio na wspomnienie „wiadomej” sytuacji z Gregorem. Dała się nabrać.
Ewidentnie. Miała trochę gorszy nastrój, a Schlierenzauer potrafił to dostrzec
i jakby nie było – próbował to wykorzystać. Z jego zamiarów jednak nici, a to
za sprawą niezawodnego Thomasa, którego Baśka zdążyła już poznać.
Początkowo
próbując ignorować hałas dobiegający z sąsiedniego pokoju, Baśka nakryła głowę
poduszką i chciała powrócić w stan snu, jakikolwiek by on był.
- Co za
kretyn budzi wszystkich tak wcześnie?!.. – nerwowo odmierzała słowa, czując, że
ból jej głowy zwiększa się z każdą sekundą.
Wstała z
łóżka i przeczesując w lustrze jedną ręką włosy, z impetem wybiegła z pokoju.
Miała już szczerze dość tego histerycznego odgłosu budzika, który kojarzył jej
się tylko i wyłącznie ze szkolnymi porankami.
Uderzyła
kilkakrotnie zaciśniętą pięścią w drzwi pokoju Schlierenzauera i Morgensterna,
ale nie otrzymała odpowiedzi. W zamian za to budzik zaczął się zacinać, tym
razem powtarzając ten sam uciążliwy rytm dzwonka.
- Może
raczylibyście wyłączyć to cholerstwo?! – Krzyczała w stronę zamkniętych drzwi,
wciąż będąc zaspana i tak naprawdę nie zdając sobie sprawy z własnych poczynań.
Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że w
tej chwili była nieobliczalna i ktokolwiek pojawiłby się na jej drodze, mógłby
nie ujść z życiem.
- Gregor! –
waliła pięścią w drzwi. – Wyłaź, albo wyłącz to piszczące „coś”, bo inaczej…
- … wołałaś mnie?
Drzwi
natychmiastowo się otworzyły, a w progu stanął Gregor, który najprawdopodobniej
wyszedł właśnie spod prysznica. Był owinięty jedynie ręcznikiem, dlatego Baśka
mimowolnie zakryła dłonią oczy, wywołując tym samym śmiech u Gregora.
- Daj spokój…
Nie ma się czego wstydzić, ale jak chcesz to poczekaj, a ja się ubiorę…
Baśka
pokiwała głową, wciąż zakrywając dłonią oczy i zupełnie zapominając o
dzwoniącym zegarku, który był przecież powodem, dla którego zmuszona była udać
się do tego pokoju.
Gregor ponownie
zniknął za drzwiami, a Baśka z trudem nabrała oddechu.
- Boże, czy
ja już trafiłam do piekła?...
Oparła się o
ścianę i zdała sobie sprawę, że mimo hałasu budzika, reszta mieszkańców hotelu
wciąż spała, niczym nie zakłócając sobie snu. Tymczasem ona czekała teraz na
Gregora, wcześniej mając okazję ujrzeć go półnagiego, zakrytego jedynie
ręcznikiem.
- Co cię do
mnie sprowadza? – z transu wyrwał ją głos Gregora i jego dłoń na ramieniu.
Baśka miała wrażenie jakby po wczorajszym dniu coś się między nimi zmieniło.
Bynajmniej zauważyła, że Gregor poczuł się znacznie pewniejszy w ich relacji.
- Yyy…. Czy łaskawie
mógłbyś wyłączyć budzik?... Jest dopiero 5 rano, a ludzie chcą spać. Nie każdy
jest takim rannym ptaszkiem jak ty.
- Jak
zdążyłem zauważyć, to wszyscy śpią oprócz ciebie, prawda? Wybacz, nie chciałem
cię obudzić. Zawsze mam pobudkę o 5 rano i idę biegać. Zazwyczaj Thomas też
wstaje o tej godzinie, ale dziś wyjątkowo zamierza dłużej spać. Cóż. Wychodzi
na to, że pójdę pobiegać sam.
Baśka
wyczuła w jego głosie coś w rodzaju zaproszenia.
- Chyba, że
ty… Lubisz biegać?
Jego wzrok
świdrował po niej całej, co strasznie ją speszyło. Przypomniała sobie, że stoi
przed nim w piżamach z Myszką Micky na koszulce. Nie wspominając już o włosach,
które również nie wyglądały najlepiej.
- Średnio.
Biegamy często na w-f’ie w szkole.
- Nie lubisz
w-f’u? – zdziwił się, rozbawiony zachowaniem Baśki.
- Brawo,
strzeliłeś w dziesiątkę. Jedyne co lubię i potrafię, to grać w nogę. Ale
zamierzasz teraz o piątej rano dyskutować ze mną pod swoim pokojem na temat
moich uzdolnień sportowych?
Gregor wzruszył
ramionami.
- Wyłącz
budzik – przypomniała sobie, chcąc wrócić do swojego pokoju.
- Czeeekaj…
- zatrzymał ją, łapiąc za przedramię. – Chodź, to pobiegamy razem.
Baśka
zamyśliła się przez chwilę, szukając wszystkich „za” i „przeciw”, jakie niosłaby
ze sobą ta decyzja. Była piąta rano. Wszyscy spali, więc nikt by ich nie
zaobserwował razem. Zależało jej na tym, by zachować anonimowość. Gregora poznała
przypadkiem i nie chciała, by ta znajomość podniosła się do rangi wydarzenia
medialnego. Zupełnie jej na tym nie zależało.
Czuła, że i
tak nie potrafiłaby już dziś zasnąć. A jogging z Gregorem wydawał jej się teraz
naprawdę kuszącą propozycją. Zmrużyła oczy i przekrzywiła lekko głowę, jak to
miała w zwyczaju.
- Daj mi
pięć minut – powiedziała, puszczając Schlierenzauerowi oczko i zniknęła za
drzwiami swojego pokoju.
*
- I co, jak
z kondycją? – zapytał Gregor, truchtającą za nim Baśkę. Biegali już jakieś piętnaście
minut, a to wystarczająco długo dla Baśki, żeby poczuć to w nogach.
- Wcale nie
tak źle – zapewniała go, mimo, że biegła już tylko na ambicji. Nie mogła
przecież się przed nim zbłaźnić! – Ale tempo narzuciłeś niezłe, nie powiem… Jak
się domyślam to specjalnie po to, żeby mnie wykończyć po pierwszych pięciu
minutach? Nie udało się – odrzekła triumfalnie, a w jej głosie dało się już
usłyszeć lekką zadyszkę.
- Jak
będziesz częściej ze mną biegać to się przyzwyczaisz – powiedział.
- Coś
sugerujesz? – uniosła brew.
Gregor
zaśmiał się ironicznie i odwrócił się za siebie, zauważając, że Baśka już
znacznie zwolniła swój bieg.
- Poddajesz
się? Ty? Taka wojowniczka?
- Żebyś się
nie zdziwił. Pozory mylą – odparła, opierając się o jedno z drzew i rozciągając
mięśnie nóg. Po takim nagłym wysiłku fizycznym mogła spodziewać się zakwasów na
co najmniej tydzień. – Ale dobrze mi zrobi taki trening. Powinnam bardziej
zadbać o swoją sylwetkę…
- Chcesz
przejść na dietę?...
- Mhm.
Przydałoby się.
- Przecież
jesteś bardzo szczupła. W twoim wypadku żadne diety nie powinny wchodzić w grę.
A co do treningów, to możesz ze mną biegać tak przez dwa tygodnie. Jak wrócisz do
szkoły to kondycję będziesz miała gwarantowaną.
- Chciałabym
wierzyć w to, że się nie pozabijamy przez te dwa tygodnie…
- Oj Baśka,
Baśka… a ty dalej swoje. Nie bądź dzieckiem. Nie udawajmy, że nic się między
nami nie zmieniło. Widzę, że wstydzisz się tego, ale nie powinnaś. Jesteś dla
mnie ważna i nie zamierzam tego ukrywać – powiedział, podchodząc bliżej niej. –
Zajęłaś moje wszystkie myśli. Nie potrafię o tobie zapomnieć. Wiele wniosłaś do
mojego życia i nauczyłaś mnie pewnych uczuć, o których dotąd nie miałem
pojęcia.
- Gregor… - wyszeptała, ale skoczek nie dał
jej dojść do słowa.
- … wiem, że
czujesz to samo. Błagam cię, zapomnij o wszystkim, o tym, że początkowo nie
przepadaliśmy za sobą, o jakichś swoich uprzedzeniach, życiowych doświadczeniach…
Nie chcę cię zranić. Zaufaj mi.
Po tych
słowach Baśka nie była już w stanie zaprotestować. Kiedy Gregor zbliżył swoją
twarz do jej twarzy, zawahał się chwilę, lecz ona pokiwała lekko głową,
zgadzając się na to, co za chwilę miało nastąpić.
Była to
najpiękniejsza chwila w jej życiu. Dotyk warg Gregora sprawił, że poczuła się
przez chwilę dla kogoś ważna, jak nigdy dotąd. Nie chciała już udawać, bo i
nawet nie potrafiła. Ciągłe oszukiwanie się nie miałoby już większego sensu.
Gregor odgarnął
jej włosy, rozwiewane przez chłodny wiatr, który wydawał się dziś Baśce
nadzwyczaj ożywczy. Czuła jak gdyby otrzymała nowe życie.
- Nie oszukaj mnie – poprosiła, po czym nie
wzbraniając się dłużej, pozwoliła aby ich usta się spotkały w pocałunku, na
który oboje długo czekali.
*
- Proszę,
proszę, kto to zawitał na śniadanko? - Thomas zadowolony siedział przy jednym
ze stołów w hotelowej jadalni i zajadał się jakimiś tostami. – Państwo Schlierenzauerowie.
A gdzie to się do tej pory włóczyło? Nieładnie, nieładnie… - komentował Morgi.
Gregor, w
wyjątkowo dobrym nastroju, nawet nie miał ochoty zbesztać kumpla. Teraz nie to
się liczyło. Baśka lekko zarumieniona dołączyła do posilającego się już Thomasa
i nałożyła na talerz jakąś sałatkę. Była niesamowicie głodna. Gregor uprzednio
odsunął jej krzesło, przez co dla obserwujących ich osób mogli wyglądać jak…
para.
Baśka kątem
oka dostrzegła Hayboecka, który mroził ich wzrokiem. Liczyła na to, że tamta
sprawa była już definitywnie zakończona. Mimo wszystko nie czuła się pewnie
i postanowiła być ostrożna w relacjach z Michaelem.
Przy
śniadaniu oboje z Gregorem nie mogli przestać się uśmiechać, nie zważając na
dogadywanie Morgiego.
- I jak,
jogging udany? – zaśmiał się ironicznie Thomas, dobrze wiedząc, że między jego
kumplem a Baśką coś się wydarzyło. – Gregor, nie chcę cię zmartwić, ale o
dziewiątej mamy pierwszy trening. Niestety, będziesz musiał na chwilę opuścić
swoją królową. Ja wiem gołąbeczki, że wy
bardzo lubicie spędzać ze sobą czas. Albo się kłócicie, albo… no właśnie. W
każdym razie, Gregor, obowiązki wzywają. Ty tu przyjechałeś na Olimpiadę,
pamiętaj o tym.
Baśka o mało
co nie parsknęła śmiechem na słowa Thomasa.
- Spoko, dam
sobie radę – upewniła ich. – Nie chcę być niczyim ciężarem. Sama sobie poradzę.
- Hej… - zaczął
Gregor. – Musisz wiedzieć, że odtąd nie jesteś już niczyim ciężarem. I nie
zamierzam cię tu zostawiać! Na trening pojedziesz z nami, jeśli oczywiście masz
jeszcze na to siły – zaśmiał się.
Thomas
kończąc ostatniego tosta, dopił sok i machając im na odchodne, ulotnił się z
jadalni.
- Jesteś
teraz jeszcze piękniejsza… Może to ten jogging?
Baśka
wybuchnęła śmiechem.
- Boję się.
- Czego?
- Że coś
pięknego, co właśnie zaczyna się w moim życiu, za chwilę okaże się tylko snem.
I pryśnie jak mydlana bańka.
- Nie bój
się. Od dziś to ja będę czuwał nad twoimi snami – powiedział i przytulił ją do
siebie. Obserwujący ich cały czas Hayboeck z wściekłości wybiegł z jadalni,
przewracając jedno z krzeseł i wpadając na jakiegoś kelnera. Gregor zdołał to
dostrzec, ale nie zważał na jego zachowanie. To było do przewidzenia. Teraz bał się jedynie
o Baśkę i o kilka swoich niechlubnych tajemnic, których aktualnie bardzo
żałował…
___________________________________
Hej, cześć ;) Jestem po dość długiej nieobecności, ale powyższy rozdział jest moim sukcesem. Ostatnio miałam małą blokadę, spowodowaną pewnie ogromem innych, stosunkowo ważnych spraw na głowie. Mam nadzieję, że niebawem wszystko wróci do normy. Oby.
Z góry przepraszam za błędy, bo na pewno pojawią się jakieś błędy językowe (rozdział pisałam na szybko i nie zdążyłam go jeszcze sprawdzić). Kocham Was i to naprawdę bardzo miłe wiedzieć, że ktoś czeka na twoje rozdziały i chce je czytać. Jestem szczęściarą.
Do następnego! :)
poniedziałek, 10 marca 2014
Rozdział 11.
- Dlaczego
nic nie mówisz? Nie złościsz się na mnie, nie krzyczysz, nie wyzywasz mnie?! –
dziwił się Schlierenzauer, podążając za szukającą swojego pokoju Baśką, niosąc
jej bagaż.
Siedemnastolatka
wzruszyła tylko ramionami i podrzucając kilkakrotnie klucze w rękach, odparła:
- Czego
oczekujesz? Że wiecznie będę się z tobą kłócić? – zapytała. – Już mi się
znudziłeś.
- Nie
wierzę! –kręcił przecząco głową Gregor. – My się nie potrafimy sobie znudzić. Ty
tego jednak nie przyznasz, bo jesteś zbyt dumna.
Popatrzyła
na niego z ukosa, przystając obok wielkich, dębowych drzwi pokoju numer 345.
- To kiedy
chcesz tego rewanżu? - zapytała mrużąc
oczy.
Na twarzy Gregora momentalnie wymalował się
uśmiech. Uśmiech i poczucie pełnej kontroli nad sytuacją.
Obserwował z
uwagą Baśkę, która niewzruszona czekała na jego reakcję i decyzję. Było jej już
zupełnie obojętnie, kiedy Gregor będzie miał okazję do rewanżu. Czuła z lekka,
że nawet jest mu to winna, za to jak
bardzo im pomógł. Powoli powinna zacząć spisywać na kartce wszystkie jego dobre
uczynki… I póki co okazywały się one bezinteresowne.
Teraz na dodatek Gregor tachał jej walizkę, ciesząc się jak dziecko na hasło
„rewanż”. Zachowywała wciąż tę swoją kamienną minę, której zdążyła się już
nauczyć w życiu i która okazywała się niekiedy przydatna.
- Piątek,
wieczór – oznajmił szybko z pewnością w głosie.
Początkowo
zastanowiła się nad tą datą. Wybrał ją tak szybko, na dodatek był z niej bardzo
rad, więc obawiała się kolejnego podstępu z jego strony.
- Okej –
powiedziała ze spokojem, otwierając drzwi pokoju. – Dzięki za niesienie walizki,
umilanie czasu w trakcie lotu, ubicie niezłego interesu i…
- I? –
dopytywał się.
- … i nic –
rzuciła szybko, chcąc już ukryć się w swoim pokoju, by przypadkiem nie stracić
kontroli nad swoim zachowaniem.
Gregor
przytrzymał jednak ręką drzwi pokoju i stał tak w progu, czekając na zaproszenie.
- Wchodź –
powiedziała, machając ręką i łapiąc się za głowę. Rzuciła swoją torbę na łóżko, zwiedzając przy
okazji pokój, który przyszło jej otrzymać. Gregor zadowolony postawił jej bagaż
pod oknem i podążył za Baśką, która aktualnie lustrowała wnętrze łazienki. Nie
zauważyła stojącego za nią Gregora, więc kiedy się obróciła niefortunnie na
niego wpadła. Przytrzymał ją, przy okazji przyciągając ją do siebie. Baśka w
oszołomieniu wpatrywała się w jego brązowe oczy i czuła, że z jej sercem dzieje
się coś dziwnego, a rozum prawdopodobnie zrobił sobie drzemkę.
- Yyy… fajna
łazienka – odparła, motając się w swojej wypowiedzi i błądząc wzrokiem po
twarzy Gregora, który nic nie mówił, tylko z powagą obserwował jej przerażone
oczy.
Zbliżył
swoją twarz do jej twarzy i ujął ją w dłonie. Baśka poczuła przechodzący jej
ciało dreszcz. Sama nie rozumiała siebie. Jej zachowania, myśli i słowa stawały
się niedorzeczne, wobec tego co w tej chwili się działo. Od kiedy tylko poznała
Gregora dawała mu do zrozumienia, że nie będzie kolejną pustą laską do jego
kolekcji. Minęło jednak zaledwie kilka dni, a słynny urok Gregora
Schlierenzauera zdążył już na nią zadziałać.
Nie
potrafiła jednak pozostać mu obojętna. Czuła jego ciepły dotyk na swojej skórze
i jego oddech, kiedy zbliżał się by ją pocałować.
Pewnie
całość potoczyłaby się wedle zamierzeń Schlierenzauera, gdyby nie idealne „wyczucie
czasu” Morgiego.
- Ej, Stary…
yyy – zatrzymał się, spostrzegając jednoznaczną sytuację. Gregor praktycznie
dotykał już jej ust swoimi, gdy niezawodny Thomas wparował do jej pokoju.
Morgenstern
trochę zmieszany swoją niezapowiedzianą wizytą, podrapał się po głowie, przeklinając
swoją głupotę.
- Klucz –
rzucił szybko, jak gdyby jego natychmiastowe zniknięcie, miało przywrócić wszystko
do normy. – Zabrałeś klucz.
Schlierenzauer,
wściekły na siebie jak i zarówno na kumpla, rozluźnił uścisk, a Baśka odsunęła
się od niego jak oparzona, zdając sobie sprawę co tak naprawdę się stało, a co
jeszcze mogło się wydarzyć.
Gregor
zaczął szukać w kieszeni owego klucza, o który prosił Thomas, ale Baśka złapała
go za rękę i powiedziała:
- Może lepiej
będzie, jeśli już pójdziesz.
Słowa te
bardzo wiele ją kosztowały i nie było żadną oczywistością wypowiedzenie ich, właśnie
w tej chwili. W chwili, kiedy dane jej było zobaczyć Gregora zupełnie z innej
strony. Był czuły i delikatny, a ona była przecież tylko dziewczyną!
Gregor
spojrzał na nią ponownie dla upewnienia się. Pewnie obawiał się tego, że zrobił
coś nie tak, ale nie naciskając na nią po prostu odszedł, zabierając ze sobą
także zaciekawionego całą sytuacją Thomasa.
Kiedy byli
już na korytarzu, Morgenstern szczerząc się do przyjaciela, puścił mu oczko.
- Chyba cię nie doceniałem, albo ją
przeceniałem. W końcu kiedyś taki stary wyga jak ty musiał ją złamać.
Mówił,
czekając na reakcję Gregora, który myślami był zupełnie gdzie indziej. Myślał o
tej cudownej chwili, w której mógł być tak blisko, a jednocześnie tak daleko
Baśki. Dostrzegł w jej oczach strach pomieszany z chęcią poznania czegoś
nowego. Właśnie w tamtej chwili zrozumiał, że tak łatwo nie wymaże jej ze
swojej pamięci.
- Sorry, że
tak ci popsułem szyki – tłumaczył się Morgi, wrzucając ich bagaże do wspólnego
pokoju, tuż obok pokoju Baśki. - Wiedziałem,
że skoro nie ma cię gdzie indziej, to pewnie jesteś u niej. Tyle, że nie
przewidziałem takiego obrotu sprawy…
- Co mam ci
powiedzieć?... – rozłożył ręce Gregor, nie umiejąc ukryć rozczarowania. –
Spieprzyłeś mi dogodną sytuację. Ale nieważne… coś się zmieniło.
- Co? – zastanowił
się niełapiący zmian, jakie zaszły między Gregorem a Baśką. – Chyba nigdy już
za tobą nie nadążę. To wy się w końcu lubicie czy nie lubicie?! Raz się
kłócicie na cały samolot, a za drugim razem całujecie się…
- Nie
pocałowaliśmy się!... – przerwał mu rozżalony Gregor, ciskając oczami pioruny. –
A przez kogo?!
- Moja wina,
moja wina, moja bardzo wielka wina! – mówił teatralnie Thomas, bijąc się w
pierś.
- Dobra,
Stary… nie winię cię za nic, ale, kurczę, mógłbyś mieć większe wyczucie! Pomyśl
sobie, ile kosztowało mnie wypracowanie sobie takiej sytuacji. Myślisz, że to
było ot tak?! Cały dzień na to pracowałem, by teraz, kiedy było już tak blisko,
usłyszeć jakieś twoje prośby o klucz! O klucz!!! – dodał z wściekłością, jak
gdyby klucz był w tej chwili największą błahostką na świecie.
- Odkujesz
się jeszcze. Będziesz miał ją dla siebie na całe dwa tygodnie. Spokojnie… - uspokajał
go Thomas.
Położył się
wygodnie na łóżku i wsłuchiwał w opowiadania z życia towarzyskiego Gregora. On
sam w tej chwili nie miał głowy do myślenia o kobietach. Jedyną , która zaprzątała
mu myśli była jego córeczka Lilly.
- A powiedz
mi jeszcze – zaczął – czy ty traktujesz ją serio? Bo jakby nie patrzeć, to ta
Baśka jest bardzo okej dziewczyną. Charakterek ma trochę ciężki, ale w sam raz
dla ciebie. Poza tym niezła z niej laska, co tu ukrywać!
Gregor natychmiastowo
zmierzył go wzrokiem.
- Mam
nadzieję, że wiesz co robisz, ale pamiętaj, że ona trochę już w życiu przeszła
i niekoniecznie musisz jej dokładać kolejnych rozczarowań.
- A ty skąd
niby wiesz co ona przeszła?!
- Pomyśl! To
chyba oczywiste, że życie jej nie głaskało po głowie. Sam mówiłeś, że straciła
rodzinę w wypadku. Chcesz jej fundować kolejne cierpienia?... Przecież jeśli
ona się w tobie zakocha, to wiadomość o Sandrze raczej jej nie pomoże. Na
dodatek też nasz zakład… - przypomniał sobie, czując, że jego kumpel buduje
właśnie największą głupotę na świecie. – Zakład, jak zakład. Wiemy o nim tylko
ja i ty, więc bez obaw. Ona się nie dowie. Tyle, że reszta twoich „grzeszków”
nie jest już taka bezpieczna.
Schlierenzauer
spuścił głowę i z zupełną bezradnością w głosie odrzekł:
- Zależy mi
na niej… nie wiem jak to się stało, ale chyba sam wpadłem we własną sieć.
*
Baśka
siedziała na swoim hotelowym łóżku i analizowała w myślach zajście sprzed
kilkunastu minut.
Jej
asertywność w tamtej chwili dotknęła dna. Ale jak tu być asertywnym, kiedy facet
próbuje cię pocałować? Na dodatek facet, który chyba zaczyna coś dla ciebie
znaczyć.
- Głupia ja,
głupia… - powtarzała nerwowo, klepiąc się otwartą dłonią w czoło. – Opanuj się
dziewczyno… On cię będzie czarował, a potem zostawi, jak odkłada się zabawki po
skończonej zabawie.
Jednak
faktem było też to, że Gregor nie był jej obojętny. Z każdym dniem, z każdą rozmową,
z każdą kłótnią stawał jej się coraz bliższy. Traciła głowę, choć nie dawała
tego po sobie poznać. Do dziś, bo dziś ewidentnie pokazała mu, że jest dla niej
ważny.
Jak to
możliwe? Jak możliwe było to, że w przeciągu kilku dni zdążyła jednocześnie
znienawidzić i… pokochać? Tak, pokochać. Znienawidzić i pokochać tego samego
mężczyznę. Jeśli w ten sposób zaczynał się ich dwutygodniowy pobyt w Rosji, to
szczerze zaczynała bać się kolejnych dni.
Otworzyła z
rozmachem swoją torbę podróżną i wypakowała z niej swoją kosmetyczkę, ulubioną
książkę i jedną, bardzo ważną dla niej rzecz.
Wspólne
zdjęcie ze swoimi rodzicami i siostrą, zrobione na kilka dni przed wypadkiem.
Teraz było dla niej cenniejsze niż wszystkie kosztowności świata. Była mała, kiedy
zginęli. Jedni twierdzili, że to cud, że jej udało się ujść z życiem. Nie mieli
przecież szans. Pijany kierowca ciężarówki wjechał w nich z impetem, powodując,
że samochód po wypadku wyglądem przypominał harmonijkę.
Tęskniła za
nimi, choć nie miała prawa ich pamiętać. Kilkuletnie dziecko nie zdoła zapamiętać
swoich najbliższych. Może pamiętać niektóre urywki z życia, pojedyncze chwile.
Tak też było. Pamiętała jakiś ich
wspólny wyjazd nad jezioro. Tata łowił ryby, a mama z Dominiką spacerowały po dzikiej plaży. Ona trochę
samotna, wycofana, siedziała obok swojego ojca i wpatrywała się z uwagą w jego
poczynania, próbując jak najwięcej się nauczyć. Pewnie byłaby teraz innym
człowiekiem. Zastanawiała się nad swoim życiem, które momentalnie tak bardzo
się zmieniło. Utraciła grunt pod nogami,
mimo, że nie zdawała sobie jeszcze z tego spawy. Płakała. Płakała, kiedy dowiedziała
się, że jej mamusia, tatuś i siostra są już gdzieś daleko… Pamiętała, jak wszyscy
dorośli tłumaczyli jej, że tam będzie im lepiej, ale jak ona, trzyletnia
dziewczynka miała to zrozumieć?!
Później jej
życie toczyło się normalnie, stopniowo. Nie było z nią jakichś szczególnych
problemów wychowawczych. Starała się nikogo nie winić za przeszłość i próbowała
sprawiać jak najmniej kłopotów. Dojrzewała tak jak inne dziewczyny, ale nigdy
nie miała przyjaciółek w szkole. Po prostu. Nie była szczególnie konfliktowa,
ale nie dała też sobie w kaszę dmuchać.
Każdego dnia godziła się na nowo ze swoim
życiem, które było dalekie od ideału. Mimo, iż otrzymała wiele pomocy, nigdy
tak naprawdę nie miała kogoś bliskiego. Kogoś na zawsze, tylko dla niej. Kto
byłyby dla niej wsparciem każdego dnia, a przecież tak bardzo tego
potrzebowała.
Ustawiła
ramkę z fotografią na komodzie przy łóżku i pogładziła twarze trzech postaci,
które były dla niej najbliższe, mimo, że tak naprawdę ich nie znała.
- Kocham was
– wyszeptała, ocierając spływającą po jej policzku łzę. Nie lubiła bowiem płakać,
choć wiedziała, że tłumiony ból prędzej czy później wraca ze zdwojoną siłą. Teraz
nie była w stanie nad tym zapanować. Zbyt wiele dziś przeżyła. Zbyt wielu
emocji dostarczył jej dzisiejszy dzień. Szczególnie Gregor, który dał jej do
myślenia. Bała się zaryzykować.
- A
największą ironią losu jest to, że poznałam go w dniu rocznicy waszej śmierci…
- powiedziała z lekka śmiejąc się, choć tak naprawdę płacząc. – Mam nadzieję,
że dobrze to przemyśleliście?... Czuję, że to wy sprawiliście, że go poznałam…
A skoro tak się stało, to albo będzie on moim błogosławieństwem, albo bolesną
lekcją, z której… no cóż. Kolejny raz będę musiała wyciągnąć wnioski.
______________________________
Heeej :* Proszę bardzo, oto urodzinowy rozdział dla Ani :D Z wielką dedykacją :* A więc moja droga, kochana Aniu, życzę Ci wszystkiego co najlepsze i najważniejsze w życiu. Oczywiście zdrowia, szczęścia, samych fajnych emocji w życiu, przyjaciół, dostania się do wymarzonej szkoły, a potem na wymarzone studia ^^ no i ogólnie spełnienia wszystkich, najskrytszych marzeń! :* Także ten, nie będę już najstarsza ^^ Mam nadzieję, że rozdział jest dobry, chociaż pewnie z lekka inny od pozostałych. Więcej jest tu przemyśleń Baśki, co chyba dobrze wpływa na całą treść. Wcześniej niewiele pisałam o jej przeszłości, prócz tego co było w prologu i jednej rozmowy z Gregorem :) I wiadomka, podkręcam temperaturę w relacji naszych gołąbeczków :D Ale wszystko w swoim czasie! :P
Buźka :*
środa, 5 marca 2014
Rozdział 10.
Baśka
uśmiechała się tajemniczo zza talii trzymanych w ręku kart.
- Co cię tak
śmieszy?... – obruszył się Gregor, który obawiał się najgorszego. Widział już
ten jej sprytny uśmieszek, który malował się na twarzy. Baśka sięgnęła po jedną
z kart i odwróciła ją, po czym wybuchnęła gromkim śmiechem. Tymczasem jemu,
Gregorowi, wcale nie było do śmiechu. Ograła go! Jak jakiegoś dzieciaka,
amatora…
- Dobra
jesteś… - wymruczał oszołomiony swoją karcianą klęską.
- A taki
byłeś pewien – zadowolona powtarzała pod nosem, wachlując się resztą kart. – Nie
chwaląc się, ale musisz zjeść jeszcze beczkę soli, żeby mi dorównać.
Szydziła z
niego i jego talentu do hazardu, którym wyraźnie odbiegał od umiejętności
Baśki.
- Kto cię
tak wyszkolił? Rozalka czy zakonnice? – prychnął udając urażonego, choć tak
naprawdę wcale nie było mu szkoda, że przegrał. Teraz miał bowiem pretekst do
kolejnych rozmów z Baśką, a kto wie – pewnie jeszcze odwiedzin jej. Oczywiście
nie zamierzał też tego tak zostawić.
- Żądam
rewanżu – zapowiedział.
Baśka
uniosła brew, kręcąc głową.
- No nie
wiem, nie wiem… - przedłużała. – Nie wiem czy zasługujesz. Łaskawie zgodziłam
się zagrać z tobą w karty – mówiła wyniośle, udając, że wiele ją to kosztowało.
– Muszę się zastanowić.
Gregor
uśmiechnął się pod nosem.
- Omówimy to
w hotelu – powiedział, zerkając na nią tajemniczo.
- Proszę?!
Jego głos,
mimo iż nie brzmiał zbyt poważnie, to zdołał zaniepokoić Baśkę.
- Wiesz… w
Soczi będziemy mieć wiele czasu dla siebie. Pomiędzy treningami, a zawodami też
trzeba jakoś żyć.
- I bardzo
dobrze. Będziesz sobie żył, ale z dala ode mnie.
- Więc co ty
tam niby zamierzasz robić?! – parsknął śmiechem, jak gdyby uważał, że tylko
towarzyszenie mu może okazać się jakąś rozrywką.
Baśka zlekceważyła
jego słowa.
- Ty lepiej
daj mi coś do pisania to ci zanotuję numer konta bankowego domu dziecka –
powiedziała zadowolona z siebie. - Świetnie się z tobą robi interesy – dodała
dumna.
- Nie miałaś
nic do stracenia… - mówił, chcąc umniejszyć jej triumf. – Czy wygrałabyś, czy
przegrała i tak czekała cię nagroda!
- Chcesz
nazwać nagrodą udawanie twojej dziewczyny przez dwa tygodnie? – wzdrygnęła się,
unikając jego wzroku. – Zapewniam cię, że nie cieszyłoby mnie to.
Gregor
zaśmiał się, tak jak to on potrafił, sprawiając, że Baśka kolejny raz poczuła,
że stroi sobie z niej żarty.
- Śmiej się,
śmiej. Też bym się śmiała jakby jakaś biedaczka ograła mnie w karty – mówiła. –
Ale taki już mój urok. I tak mi wszystko wolno, w końcu jestem sierotą. Muszę
myśleć o moich najbliższych i dbać o nich, nawet za cenę takiego upokorzenia
jakim był ten cholerny zakład z tobą – odparła ironicznie słodkim głosem.
- Mam zawołać lekarza? – zapytał, przerywając
jej.
Obrzuciła go
obrażonym spojrzeniem.
- Mówisz o
lekarzu dla siebie? Faktycznie, może w końcu ktoś ci pomoże… Ale jakbyś chciał,
to mam namiary na dobrego psychiatrę.
- … już u
niego byłaś, prawda? – wciąż się z nią przekomarzał.
Dziewczyna
miała czasem chęć zetrzeć mu ten jego uśmiech z twarzy, ale jednocześnie
polubiła już te ich przemawianki, które niejednych mogłyby rozbawić.
- I chyba po
tych dwóch tygodniach będę musiała do niego wrócić… - wymamrotała patrząc się na
niego i zagryzając wargę.
Podróż
dobiegała już praktycznie końca. Cztery godziny, które początkowo wydawały się Baśce
istną katorgą, minęły niespodziewanie szybko. Gregor zdążył ją do tego stopnia
rozgadać, że zapomniała o upływającym czasie.
Stewardessa
podawała teraz komunikaty do pasażerów, prosząc ich o przygotowanie się, gdyż
samolot zaraz miał podejść do lądowania. Rutynowe zabiegi i szablonowe
wypowiedzi, które Baśka do tej pory widziała już tysiąckroć na filmach.
Dopiero w
pewnej chwili, kiedy lekko obejrzała się do tyłu, ujrzała siedzącego i
wpatrującego się w krajobrazy za niewielkim okienkiem, Hayboecka.
„Oho…
- pomyślała – rozmowa będzie jednak
nieunikniona.”
Wbrew
wszystkiemu (i wszystkim!) postanowiła zachowywać się wobec niego jak gdyby
nigdy nic. Może taka już była jej natura, ale czuła się winna. Tak, winna.
Przede wszystkim temu, że doszło do bijatyki. I choć niewielki był tu jej
udział, to wiedziała, że trochę namąciła. Niepotrzebnie zrobiła z igły widły.
Jakby nie patrzeć – nic się nie stało. Hayboecka trochę poniosły emocje, ale
przecież przez całą imprezę go prowokowała, chcąc wzbudzić zazdrość w Gregorze!
Kiedy
wylądowali, z trudem i z niechęcią zwlekła się z siedzenia, próbując rozprostować
kości. Za nią uczynił to także Gregor, zabierając swoją torbę sportową i
gazetę, która okazała się zbyteczna. Zdecydowanie potrafili sobie sami „umilić”
czas.
- Nie
zapomnij kart – zachichotała.
- Przy
rewanżu zagramy w coś innego – zapowiedział.
- Jeśli
każesz mi skoczyć ze skoczni, to możesz być pewien swojego triumfu –
powiedziała, wystawiając mu język.
Dla
pozostałych pasażerów, opuszczających samolot, musieli wyglądać jak para
przyjaciół, która zna się od bardzo dawna. I chore było to, że tak naprawdę znali
się zaledwie od kilku dni.
- Obawiam
się, że nie przeżyłabyś i nie byłoby żadnej nagrody – odparł, uświadamiając
sobie fakty.
- Jakiś ty
spostrzegawczy! Na dodatek bardziej troszczysz się o to, żebyś dostał nagrodę
niż żebym przeżyła… I właśnie dlatego
jestem sama, bo wszyscy faceci tacy są.
- Zostawmy
ten temat na później… - uciął rozmowę, prowadząc ją ku wyjściu z samolotu.
Pogoda była mroźna,
ale bardzo słoneczna. Na płycie lotniska na skoczków czekali już jacyś przedstawiciele
z Komitetu Olimpijskiego. Wszyscy tam się znali, przedstawiali i rozmawiali o
sprawach, które ich dotyczyły. A ona nie miała o czym rozmawiać, bo zwyczajnie
poczuła się tu jak piąte koło u wozu. Ale czego miała się spodziewać? Że Gregor
weźmie ją ze sobą i przedstawi wysoko postawionym gościom? Jako kogo? Co innego
jeśli chodziło o zabawy i żarty przed stewardessą, co z łatwością przyszło
Schlierenzauerowi…
- Bez sensu
to wszystko – powiedziała obrażona, odnajdując panią Rozalkę i resztę
piętnastoosobowej grupy z domu dziecka. Kobieta westchnęła niepocieszona i
dodała:
- Nie marudź…
Ty akurat miałaś już dziś wystarczająco dużo poświęconej uwagi – odparła,
śmiejąc się pod nosem. – Ten pan Gregor chyba cię polubił – mrugnęła do niej
porozumiewawczo. – W końcu to dzięki tobie tu jesteśmy.
Baśka
pokiwała głową, choć myślami była gdzie indziej.
- Wynegocjowałam
jeszcze to, że pomoże nam w remoncie domu – dodała.
Pani Rozalka
rozpromieniła się i podrzuciła trzymaną właśnie na ramieniu Lilką.
- Potem
pogadamy – powiedziała Baśka i odeszła w stronę Hayboecka, uprzednio orientując
się, że stoi w osamotnieniu od grupy i nie mizdrzy się do kamer i organizatorów
Igrzysk.
- Michael...
– zaczęła niepewnie, podchodząc do niego. Wyglądała jak zagubione dziecko. Obawiała
się jego reakcji.
Odwrócił się na dźwięk jej głosu i zlustrował ją
od góry do dołu.
- To ty… - powiedział oschle, zbijając ją z
tropu. – Co u was słychać?
- U nas?! U
mnie i u kogo?... – zdziwiła się.
- Nie
udawaj, że nie wiesz o co chodzi. U
ciebie i u twojego wybawiciela – powiedział ze złością w głosie. – A najlepsze jest
to, że przez całą imprezę dawałaś mi zupełnie co innego do zrozumienia! - prychnął.
Baśka obawiała
się właśnie tych słów. Nie wiedziała czemu Hayboeck potrafił ją wprowadzić w
takie poczucie winy.
- Niczego
nie dawałam ci do zrozumienia!... Posłuchaj, ja nie chcę żebyśmy się kłócili.
Nic do ciebie nie mam, a wtedy trochę
głupio się stało. Mimo to podtrzymuję moje słowa. I nie miałeś powodu, żeby
rzucać się na mnie jak zwierzę!... – wykrzyczała, zniżając jednak nieco ton
głosu przy ostatnich słowach.
Michael
patrzył się gdzieś w dal i nawet nie zaszczycił jej swoim spojrzeniem.
- Zapomnijmy
o tym – powiedział obojętnie, spostrzegając Gregora. – Musimy się przecież
widywać przez co najmniej dwa tygodnie. Już wystarczy, że nie cierpię
Schlierenzauera. Do ciebie nic nie mam.
Mówił to
władczym tonem, jakby oczekiwał, że Baśka podziękuje mu za jego szczodre serce.
- Rozumiem,
że między nami jest już OK.? – upewniła się, zauważając, że Gregor zaczął jej
szukać wzrokiem. Zamierzała zakończyć konwersację z Michaelem, zanim stanie się
coś głupiego i nieodwracalnego.
Hayboeck
pokiwał głową i dalej tak stał, zamyślony, wpatrzony w odległy punkt i oparty o
duży autobus, który miał przewieźć ich z lotniska do hotelu.
Odeszła więc dosyć zadowolona ze swoich dzisiejszych
dokonań.
- To jeszcze
nie koniec, moja droga… - wysyczał pod nosem Hayboeck, czego jednak Baśka nie
była już w stanie usłyszeć.
Dziewczyna
spacerowała teraz po płycie lotniska i znudzona kopała butami drobne kamyczki
żwiru, które zdołały się tu przyplątać. Poprawiła swój szal wokół szyi i
mruczała pod nosem jakieś niezrozumiałe przekleństwa, którymi miała chęć
obdarzyć Gregora.
- Do mnie
mówisz?
Jeden z
kopniętych właśnie kamyków poturlał się pod nogi Schlierenzauera, który
zdecydował się już zostawić media i powrócić do „uprowadzonej” Baśki.
- O, łaskawie
przypomniałeś sobie o mnie – powiedziała, zatrzymując się przed nim. Była od
niego sporo niższa, więc by spojrzeć mu prosto w oczy musiała zadrzeć wysoko
głowę.
- Już
zatęskniłaś? – spytał uśmiechając się do niej.
- Baaardzo –
przedrzeźniała go.
- Cieszy
mnie to – odparł szybko, nie zważając uwagi na jej ironiczny ton głosu.
- Mógłbyś
jednak tak ostentacyjnie nie lekceważyć zaproszonych gości – zwróciła mu uwagę,
zapomniawszy uprzednio ugryźć się w język.
- Aaa
rozumiem! Twierdzisz, że poświęcam ci za
mało czasu? Poprawię się, obiecuję – uniósł dłoń w geście obietnicy. Baśka
niepocieszona prychnęła i odwróciła się, nie chcąc już dłużej z nim rozmawiać.
Gregor jednak zdążył zatrzymać ją, chwytając za przedramię.
- Już tak
się nie obrażaj tylko wskakuj do autokaru, bo zaraz jedziemy do hotelu – zapowiedział.
Baśka wciąż milcząca i znudzona przystała na jego propozycję.
Tym razem
założyła jednak słuchawki i przez całą drogę nie odezwała się do Gregora ani
razu.
*
Hotel, w
którym przyszło im zamieszkać okazał się bardzo ładnym i przestronnym miejscem,
w centrum wioski olimpijskiej. Początkowo Baśka sądziła, że jej i grupie z domu
dziecka przyjdzie zamieszkać gdzie indziej, z dala od potrzebujących spokoju
sportowców, ale nie doceniała Gregora.
Idąc za nią
kierował ją w stronę recepcji hotelu.
- Gregor
Schlierenzauer – przedstawił się recepcjonistce, która od razu przypomniała
sobie jego wcześniejszy telefon.
- Tak, tak,
pamiętam! 8 pokoi dwuosobowych – powtórzyła z uśmiechem, uzupełniając coś w
komputerze i biorąc do ręki kilka kluczy. - Będą potrzebne mi dane rezydentów – mówiła,
zaciekle coś stukając na klawiaturze. – Pani nazwisko? – zwróciła się w stronę
znudzonej Baśki, która stała u boku Gregora.
- Barbara Farat.
- Proszę,
dla pani więc pokój numer 345 – podała jej klucze. – A pan, panie Gregorze z
tego co wiem ma pokój… - wciąż sprawdzała coś w komputerze. – Tak, zgadza się.
Pokój numer 346!
____________________________
Dodaję i już mnie nie ma :P Lekcje czas zacząć robić ^^ Jestem przeziębiona, ale żeby nie być w szkole w swoje urodziny?... Jutro już więc będę :P Wystarczy, że nie ma mnie jeden dzień, a już mam przysłowiowe "urwanie głowy". Zostałam też zgłoszona na dwa konkursy, w których tak naprawdę nie wiem o co chodzi :D Dobra, lecę :*
wtorek, 25 lutego 2014
Rozdział 9.
- Miejsce
47, klasa pierwsza…
Powtarzała,
szukając miejsca w samolocie. Kiedy
minęła przedział, w którym miejsca zajęła grupa osób z domu dziecka, zaczęła
się niepokoić i z lekka dziwić. Poprawiła nerwowo opadającą na czoło grzywkę i
zmrużyła oczy.
Pani
Rozalka, która siedziała obok małej Lilki uśmiechnęła się do niej uspokajająco,
jakby przeczuwała, że Baśka zaraz wywoła tu awanturę.
Kiedy minęła
ją stewardessa, niosąca tacę z szampanem, jej przypuszczenia zaczęły układać
się w całość.
- Nie może
pani znaleźć miejsca? – zapytała uprzejmie kobieta koło trzydziestki,
przystając obok siedemnastolatki. – Zaraz pomożemy…
Rzuciła okiem
na bilet.
- Zapraszam
– powiedziała, otwierając niskie, białe drzwi prowadzące do drugiej części
samolotu, który jak się okazało, był zarezerwowany dla Austriaków i grupy
zaproszonej przez Schlierenzauera.
- Nie wierzę
– zniesmaczona kręciła głową. Prychnęła oburzona. – Co za perfidny człowiek!
Złościła
się, choć wiedziała, że w tym wypadku jest bezradna. Okazało się, że jej bilet
został przydzielony „zupełnie przypadkowo” do przedziału skoczków.
- Wygląda na
to, że trafił się pani ten unikatowy bilet – zaczęła stewardessa – W poprzednim
przedziale zabrakło już miejsc, więc jedna osoba została dołączona tu.
Mówiła to z
takim spokojem, że Baśce nie mieściło się to w głowie. Jej wzrok padł na
Schlierenzauera, który dziwnym przypadkiem siedział na miejscu numer 48 i
czytał zawzięcie gazetę. Na jego twarzy malował się jednak chytry uśmieszek.
- Dziękuję,
dalej poradzę sobie sama – zbyła stewardessę, która chciała ją jeszcze
poczęstować szampanem.
Dotarła do
przeznaczonego jej miejsca i obrzuciła Gregora obrażonym spojrzeniem.
- Nieźle to
sobie ukartowałeś. Ciekawi mnie to, jak przekupiłeś tę babkę, bym to właśnie
jakimś cudem ja otrzymała to unikatowe miejsce obok ciebie? – dociekała Baśka,
siląc się na uprzejmy ton głosu, choć przemawiała przez nią wściekłość wobec
bezradności. Co miała zrobić?! On płacił, on stawiał warunki. Kto bogatemu
zabroni?
Gregor nie
protestował, tylko dalej sobie z niej drwił.
- Ha! Ale
nie myśl, że sobie pogadamy podczas podróży. Ja zazwyczaj jestem bardzo apatycznym
pasażerem. Praktycznie nie gadam w podróżach. Nigdy. Ach, no i jeszcze jedno…
mam chorobę lokomocyjno-samolotowo-podróżniczą-… i chyba alergię na ciebie!
Siliła się
na rozdrażnienie go, ale jej zaczepki chyba nie robiły na nim wrażenia.
-
Zapomniałaś dodać jeszcze, że masz chorobę psychiczną… - uzupełnił jej wyliczenia, uśmiechając się znad gazety.
Baśka
zerknęła na niego kątem oka i już wyobraziła sobie tę podróż, którą umilać jej
miał sam Gregor. Choć w głębi duszy zastanawiała się, czy to właśnie nie ona
wystąpi w tej roli, przynajmniej z założeń samego Schlierenzauera.
- Czytaj
sobie, czytaj… gazet ci zabraknie, bo słowem się do ciebie nie odezwę – mówiła,
chcąc go jakoś tym rozdrażnić.
- Myślę, że
nie podołasz temu zadaniu – droczył się z nią.
- Mało mnie
znasz – rzuciła.
- Masz rację
– odparł i odłożył gazetę. Odwrócił się do niej, pesząc spojrzeniem. – Dlatego
chciałbym cię lepiej poznać.
Baśka nie
wiedziała co ma o tym sądzić. Wybuchnęła śmiechem i kręciła głową
niedowierzająco.
- Boże,
czemu mnie pokarałeś takim współpasażerem?!
Wyłączyła
komórkę na rozkaz stewardessy i zaczęła szukać w torebce swojej mp3-ki.
Nałożyła na uszy słuchawki i z zadowoleniem zerknęła na Gregora, który z
poważną miną wczytywał się teraz w dalszą część jakiegoś artykułu.
Wzruszyła
ramionami i zamknęła oczy. Zapięta pasami i przymuszona do siedzenia obok
Schlierenzauera przez najbliższe cztery godziny. Aby choć w pewnym stopniu zapomnieć
o owych „trudnościach”, włączyła swoją ulubioną playlistę. Mimo słuchanych
piosenek, wciąż słyszała pochrząkiwania Gregora i szelest przerzucanych stron
gazety. Próbowała to ignorować, ale stawało się to coraz bardziej nieznośne.
Zdecydowała jednak lekceważyć jakiekolwiek próby zwrócenia na siebie uwagi.
Wylatywali
właśnie z Polski, z jej ukochanego Zakopanego… Nie lubiła takich chwil. Bała
się. Bała się zmian, bała się nowych ludzi, którzy wchodzili do jej życia, bo
prędzej czy później z niego wychodzili, wykwintnie je deformując. Wyczuwała
nosem męskie perfumy, które musiały należeć do Gregora. Wciąż nie dawał jej się
skupić, a raczej oderwać od rzeczywistości. Nie potrafiła zapomnieć o tym, że
jest tu gdzie jest i z kim jest. Sama nie wiedziała kiedy, mimowolnie zaczęła
nucić fragment słuchanej właśnie piosenki:
I am like
glass easy to break
So be careful now of what you say*
So be careful now of what you say*
- Rozumiem,
że to jakieś wskazówki dla mnie? – spostrzegawczy Gregor nie omieszkał skomentować
śpiewanych właśnie słów.
Baśka, która
mimo słuchawek w uszach słyszała wszystko, nawet najdrobniejszy szelest gazety,
obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.
- Nie pochlebiaj sobie. Żeby mnie zranić
najpierw trzeba dla mnie coś znaczyć – powiedziała cicho, unikając jego wzroku.
Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że nie dotrzymała słowa i odezwała się do
Schlierenzauera.
- Nie
zachowuj się jak dziecko – powiedział Gregor, zabierając jej słuchawki i
wyłączając mp3-kę. – Nie po to cię tu
zaprosiłem, żebyś teraz całą drogą milczała!
- Ha!
Wiedziałam, że masz w tym wszystkim jakiś ukryty cel! Nie będę twoją
zakładniczką – powiedziała, ale Gregor zatkał jej usta dłonią. – To mam gadać,
czy nie?!
Schlierenzauer
zaśmiał się, obserwując czy reszta pasażerów zbytnio się nie zainteresowała ich
dziwną relacją.
- Cicho… -
wysyczał jej do ucha. – Jak będziesz tak wrzeszczała to cię wysadzimy. Na
Kamczatce.
- To nie w
tę stronę, Kamczatka jest dalej, za Soczi – odparła, przypominając sobie w
myślach mapę świata i słowa nauczycielki od geografii, jak gdyby w tej chwili
była to najnormalniejsza rzecz na świecie.
- I widzisz,
już gadasz jak normalny człowiek – uspokoił się, uwalniając jej usta.
Baśka
zdezorientowana zamrugała kilkakrotnie oczami i wyrwała mu z rąk swoje
słuchawki i mp3-kę.
- Gazeta ci
się skończyła? – zapytała z wyrzutem. – A jak nie, to czytaj dalej i nie dręcz
innych… Bo jak tak dalej pójdzie to sama poproszę pilota, żeby mnie wysadził. W
powietrzu.
Do ich
foteli podeszła stewardessa ze stolikiem pełnym dań z różnych kuchni świata,
jak przystało na pierwszą klasę samolotową. Baśka z oniemieniem obserwowała serwowane
owoce morza, wszelakie gatunki ryb oraz mięsa i sałatki.
- Co…to…to?
– wskazała palcem na jedną z potraw, krzywiąc się z obrzydzenia.
Gregor z
ironicznym uśmiechem, objął ją z lekka ramieniem, jak gdyby próbował udawać
przed stewardessą, że są parą.
- Basiu,
kochanie, na co masz ochotę? Może spróbujesz roladki jagnięce z szynką i serem, albo… jesienne daube z wołowiny?
- Chcesz
mnie otruć!? – rzuciła z wyrzutem do Gregora, nie zważając na stojącą obok
stewardessę, która notabene, wciąż się uśmiechała i z rozanieleniem ich
obserwowała.
- A pan,
panie Gregorze, co pan wybiera? Polecam indyka w pomarańczach – mówiła słodkim
głosem, trzepocząc przy tym rzęsami. – Może pańska dziewczyna wybierze tę samą
potrawę?
Baśka momentalnie
podniosła głowę, wyłapując niebezpieczny wyraz. Dziewczyna. Dziew-czy-na. Schlierenzauerowi
jednak taka pomyłka stewardessy jak najbardziej odpowiadała.
- Że jak?! –
wybuchnęła, uderzając Gregora z łokcia w żebro. Na jego twarz wypłynął grymas
bólu, ale nie dał tego po sobie zbytnio poznać. Nie przestawał się uśmiechać i
jeszcze mocniej przytulił do siebie wyrywającą się Baśkę, przez co wyglądali jak
para niezrównoważonych.
- Ma pani
rację… Moja d z i e w c z y n a podziela mój gust – powiedział, co Baśka
skwitowała uniesieniem brwi. – Prawda kochanie? Dlatego poprosimy tego indyka w
pomarańczach. Ja poproszę jeszcze sok z winogron, a ty? – zadał pytanie
naburmuszonej Baśce.
- Sok
pomarańczowy – odpowiedziała, wyrywając się mu.
Kiedy
stewardessa odeszła, nie dała za wygraną i uwolniła się od jego uścisku.
- Odbiło
ci?! Co to w ogóle miało znaczyć – zapytała, próbując ochłonąć zarówno ze złych
emocji jak i tych dobrych, z którymi wiązało się objęcie jej przez Gregora.
Udawała, że wcale jej się to nie podobało, nie chcąc by za bardzo się do niej
zbliżył. Poprawiała nerwowo swoją bluzę, jak gdyby chciała odwlec w czasie
moment, w którym spojrzy mu prosto w oczy.
- Nie
podobało ci się? Przecież ta pani sama nas wzięła za parę – tłumaczył wyraźnie
zadowolony z takiego obrotu sprawy. – Nie sądzisz, że ładnie byśmy razem
wyglądali?...
- Proszę
cię… - prychnęła Baśka. – Chyba żyjesz w innym świecie. Razem z tymi swoimi
roladkami jagnięcymi – odpowiedziała, przedrzeźniając go.
- Ale i tak
musisz ich kiedyś spróbować. Myślę, że będziemy mieli jeszcze nie jedną okazję…
- powiedział prawie niesłyszalnie, uśmiechając się łobuzersko pod nosem.
- Jak
będziesz się tak do mnie przystawiał to zadzwonię do rzecznika praw dziecka –
odparła hardo, wywołując u Gregora niepohamowany śmiech. – Albo zamienię się
miejscami z panią Rozalką!
O dziwo jej
ostatni argument najlepiej poskutkował i Gregor już się trochę uspokoił, jak
gdyby pani Rozalka była największym postrachem świata.
- Mam
nadzieję, że pokoje w Sochi mamy oddzielne?! – wpadła na pytanie, którego
odpowiedzi powoli zaczęła się obawiać.
Gregor uśmiechał
się głupkowato i nic nie mówiąc, nabierał powietrza do ust.
- Nie!... –
Baśka wycelowała w niego palcem, jak gdyby obawiała się pewnej odpowiedzi. – Bo
zabiję, przyrzekam!
- Muszę cię
zmartwić – zaczął Gregor. – Widzę, że już bardzo ucieszyłaś się na myśl o
naszym wspólnym pokoju, ale… nie tym razem!
- Uff… -
odetchnęła z ulgą, zachowując kamienną minę. – I co to w ogóle za sugestie, że
nie tym razem?!
- Wiesz…
nigdy nie mów nigdy – odpowiedział Gregor.
- Ty to
jednak jesteś głupi – skwitowała, dostrzegłszy podążającą w ich stronę
stewardessę, która prowadziła ze sobą mały stoliczek na kółkach, na którym prezentowały
się owe indyki z pomarańczami.
- Bardzo
proszę – podawała im kolejno talerze, a soki umiejscowiła w specjalnych
wcięciach w obudowie foteli. – Życzę miłego posiłku.
- Dziękujemy
– odpowiedział za dwóch Gregor i od razu zabrał się za pałaszowanie swojej
potrawy. – No, i to się nazywa prawdziwe żarcie!
Zaczął jeść
swoją porcję, gdy dostrzegł, że Baśka nawet niczego nie tknęła.
- Dlaczego
nie jesz? Jest naprawdę pyszne. Jak chcesz to zamówię ci coś innego – odparł,
pomiędzy jednym a drugim kęsem.
- Jedz,
jedz, nie przerywaj sobie – uspokajała go. – Może zjem później – dodała, wcale
nie mając ochoty na zaserwowane im posiłki, których nie zwykła jadać.
Gregor
wzruszył ramionami i powrócił do jedzenia swojego zestawu.
- Biedny
indyk – skomentowała z żalem w głosie, ponownie zerkając na talerz. – Musieli
go ubić, żeby teraz „śmietanka towarzystwa” mogła się nim zajadać. Ja w tej
zbrodni nie zamierzam brać udziału – uniosła ręce do góry.
Schlierenzauer
jednak nie wzruszył się losem spożywanego właśnie indyka, ale bardziej
zainteresował się znudzoną Baśką.
- Zagramy w
karty? – zaproponował.
Dziewczyna zaskoczona
taką propozycją nawet się z niej ucieszyła. Lubiła i, co najważniejsze,
potrafiła grać w karty. Wymiatała jak nikt inny, wielokrotnie będąc przyłapywana
na hazardzie przez panią Rozalkę.
- Ale o coś?
– upewniła się co do celu tej zabawy.
Gregor
uśmiechnął się pod nosem. Zakłady i rozrywki tego pokroju były jego
specjalnością.
- Jeśli
wygram to… będziemy udawać parę przez cały czas trwania igrzysk.
Zupełnie
zapomniał, że mogłoby to być pewną nieostrożnością z jego strony, biorąc pod
uwagę, że tak naprawdę wciąż miał dziewczynę. I to daleko stąd.
Baśka pewna
swoich umiejętności nawet się nie zawahała, i ku zdziwieniu Gregora, od razu
przystała na tę propozycję.
- A jeśli
wygram ja, to pomożesz nam przy remoncie domu dziecka – powiedziała.
- Jesteś
pewna? Idziesz na ten układ? Wiesz, że jeśli ja zwyciężę…
- Nie masz
szans – odparła pewna siebie i wyrywając mu pośpiesznie talię kart z dłoni,
zaczęła je tasować.
Więc uważaj na to co mówisz
____________________________
Hej :* Wow, to już mój dziewiąty rozdział ^^ Sama siebie nie poznaję :P Normalnie już dawno zawiesiłabym bloga, a tu wyjątkowo mam tyle pomysłów :D Mam nadzieję, że rozdział się podoba :) Pewnie same zastanawiacie się ile tu łącznie wyjdzie rozdziałów i powiem Wam, że nie mam konkretnie ustalonej liczby. Póki co piszę kolejne, na tyle ile mam pomysłów. Wszystko co sobie zaplanowałam musi się wydarzyć, a jakby nie patrzeć to akcja dopiero się rozkręca :P Więc możecie się spodziewać jakichś 30 rozdziałów ^^
Rozdział dedykuję mojej kochanej Zuzce :* Ja dla niej dziewiąty, a ona mi trzynasty, a co mi tam! :D Taki mały szantażyk :)
Pozdrawiam Was i zabieram się za niemiecki :*
PS Jakby co to cytat w tekście pochodzi z piosenki Natalii Lesz - Fall.
Subskrybuj:
Posty (Atom)